Zimowe Calpe jest jak Wigilia
Calpe zimą jest trochę jak Wigilia — wraca każdego roku, a za każdym razem cieszy tak samo.
Najlepszym dowodem jest Grzesiek, który ma prostą podróżniczą zasadę: nigdy dwa razy w to samo miejsce. W Calpe był już z nami trzy razy. I pewnie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Bo zimą Calpe zmienia się w miejsce, w którym czasami łatwiej spotkać rower niż samochód.
Kiedy w Polsce królują trenażery, kurtki i zaledwie kilka godzin światła dziennie, tutaj zakładamy krótkie spodenki, łapiemy słońce i naturalną dawkę witaminy D. Łagodny klimat, stosunkowo niskie ceny poza sezonem i góry zaczynające się praktycznie za granicami kurortu sprawiają, że trudno o lepsze miejsce na zimową ucieczkę z rowerem.
Nie jesteśmy z resztą jedynymi, którzy tak uważają.
Zimą w Calpe swoją formę budują zawodowe teamy kolarskie. Na drogach wokół miasta można minąć grupę zawodowców, samochód techniczny albo któregoś z kolarzy znanych z transmisji największych wyścigów świata. Tutaj profesjonalny peleton jest po prostu częścią zimowego krajobrazu.
A jednym z miejsc, które przyciąga wszystkich, jest Coll de Rates.
To podjazd idealny do treningu — na tyle wymagający, żeby poczuć go w nogach, ale jednocześnie taki, na który chce się wracać. Można zdobywać go interwałowo kilka razy jednego dnia. My mamy swoją zasadę: podczas pobytu atakujemy Coll de Rates minimum dwa razy i to z różnych stron.
Ale wystarczy pojechać trochę dalej w głąb Costa Blanca, żeby odkryć zupełnie inne drogi. Vall d’Ebo i okolice Barranc de l’Infern to surowe góry, wąwozy i serpentyny poprowadzone przez krajobraz, który momentami trudno pogodzić z obrazem nadmorskiego kurortu, z którego wyruszyliśmy rano.
Jest też Puerto de Tudons — dłuższa górska wyprawa i jeden z klasycznych podjazdów regionu. A po wspinaczce przychodzi to, co na rowerze lubimy równie mocno: długi zjazd, na którym przez kolejne kilometry można po prostu puścić korby i cieszyć się drogą. To właśnie różnorodność sprawia, że nawet po kilku wizytach w Calpe nadal można znaleźć trasę, której wcześniej się nie przejechało.
Ale Calpe to nie tylko waty i podjazdy.
W samym mieście, pomiędzy zabudowaniami, znajduje się słone jezioro Las Salinas. I nagle, wracając z treningu, możesz zobaczyć coś, czego zupełnie nie spodziewasz się w nadmorskim kurorcie — stada różowych flamingów. Ptaki zatrzymują się tutaj dzięki płytkiej, słonej wodzie bogatej w pożywienie. Peñón de Ifach w tle, palmy, jezioro i flamingi tworzą jeden z najbardziej charakterystycznych obrazków Calpe.
Po rowerze mamy jeszcze jeden rytuał.
Nachosy w Tango i spotkanie z San Miguelem.
Po kilku godzinach w górach zimne piwo i wspólny talerz nachosów smakują zupełnie inaczej.
I chyba właśnie dlatego ciągle tutaj wracamy.
Nie dla jednego podjazdu. Nie tylko dla pogody. I nawet nie tylko dla nachosów.
Wracamy dla całej tej mieszanki.
Skoro nawet Grzesiek wrócił trzy razy do miejsca, do którego miał nigdy nie wracać, coś musi w tym Calpe być.