🇪🇸 Gran Canaria – wszystko na dużym blacie
„Wszystko na dużym blacie” — hasło rzucone pierwszego dnia przez Marka szybko stało się mottem całego wyjazdu. Niezależnie od nachylenia, temperatury czy długości podjazdu regularnie słyszeliśmy żartobliwe przypomnienie, żeby „nie zrzucać z przodu”. I choć rzeczywistość Gran Canarii szybko weryfikowała nasze ambicje, to właśnie ten luz, humor i wspólne przeżywanie kolejnych kilometrów najlepiej oddały atmosferę całej wyprawy.
Gran Canaria nazywana jest kontynentem w miniaturze i na rowerze naprawdę można zrozumieć dlaczego. Jednego dnia ruszasz znad oceanu, mijasz palmy i suche krajobrazy południa, żeby kilka godzin później znaleźć się pośród gór, sosnowych lasów i niemal księżycowej scenerii wnętrza wyspy.
Największym wyzwaniem był oczywiście Pico de las Nieves. Długie serpentyny, kolejne metry przewyższenia i zmieniający się wraz z wysokością krajobraz sprawiły, że dla wielu z nas — mimo setek podjazdów przejechanych wcześniej w różnych częściach Europy — był to jeden z najbardziej wymagających dni na rowerze.
Ale nasze trasy nie prowadzą wyłącznie od jednego podjazdu do drugiego. Czasami prowadzą do stołu. Niektóre trasy planuje się dla przewyższeń, inne dla widoku, a tę zaplanowaliśmy dla restauracji.
Podczas jednej z wypraw trafiliśmy do rybackiego Cofradia De Pescadores w Arguineguín, tuż przy miejscowym porcie. Świeże ryby i owoce morza smakowały nam tak bardzo, że przy planowaniu kolejnego dnia zmieniliśmy trasę tak, żeby ponownie przejechać przez Arguineguín i jeszcze raz tam zjeść.
Gran Canaria była również naszym listopadowym przedłużeniem lata. Kiedy w Polsce kończył się sezon, tutaj nadal mogliśmy kręcić w słońcu, zatrzymywać się na kawę z widokiem na Atlantyk i wieczorem spotykać przy wspólnym stole pod palmami.
A „duży blat”? Został z nami do końca.
Bo wystarczy dzisiaj powiedzieć „wszystko na dużym”, żeby każdy, kto tam z nami był, dokładnie wiedział, o którą historię chodzi. 😉





