Toskania – tam, gdzie szosa spotyka gravel.
Naszą bazą były okolice Volterry — średniowiecznego miasta położonego wysoko na wzgórzu, do którego właściwie z każdej strony trzeba najpierw podjechać. To właśnie tutaj zaczyna się Toskania znana z pocztówek: falujące wzgórza, cyprysy, winnice, kamienne gospodarstwa i drogi, które znikają gdzieś za kolejnym pagórkiem.
Tyle że z perspektywy roweru szybko odkryliśmy coś jeszcze — najciekawsza droga nie zawsze jest asfaltowa.
Część naszych tras prowadziła słynnymi strade bianche, czyli „białymi drogami” pokrytymi charakterystycznym jasnym szutrem. To one są symbolem jednego z najbardziej widowiskowych wyścigów zawodowego peletonu — Strade Bianche, którego meta znajduje się na Piazza del Campo w Sienie.
My również dotarliśmy do Sieny. Wjazd do miasta po toskańskich drogach ma swój klimat, ale jeszcze lepiej smakuje moment, kiedy można odstawić rower i usiąść przy stole. Bo we Włoszech kilometry i jedzenie wyjątkowo dobrze się uzupełniają.
Pizza, lokalna oliwa, pecorino i kieliszek toskańskiego wina — tutaj kulinarne przystanki nie są dodatkiem do jazdy. Są częścią dnia. Czasami nawet całkiem dobrym powodem, żeby wybrać dłuższy wariant trasy.
Najlepszą pamiątką z tego wyjazdu okazało się jednak coś zupełnie innego.
Hubert zobaczył, ile możliwości dają drogi, które kończą się dla klasycznej szosy.
Po powrocie z Toskanii kupił swojego pierwszego gravela.





